wtorek, 14 października 2014

TO ZNÓW JA!

Joł, joł, ludziska!
Zagląda tu ktoś jeszcze? ;p
Założyłam nowego bloga (jeej! cieszmy się :D)
Wchodźcie na CHEEKY, rozgłaszajcie wszystkim, bo oto wróciłam! :D
Wiem, że wygląd bloga raczej odstrasza, ale cóż... na razie nic na to nie poradzę :)
Pozdrawiam,
Meredith :)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Epilog

- To było piękne - uśmiechnęła się do mnie.
- Miło, że tak myślisz - odwzajemniłam uśmiech.
Dziewczyna wstała i rozprostowała swoje kości, po czym ponownie usiadła obok mnie. 
- Ale co było później? Nadal byliście razem?
- Po tym pocałunku... kilka miesięcy, a potem, cóż, zaczęliśmy się kłócić... Nasze stosunki od początku były dziwne... - stwierdziłam i wróciłam myślami do naszej pierwszej poważnej kłótni. Powodem była oczywiście zazdrość.
- Co to miało być? - warknęłam, gdy znaleźliśmy się za drzwiami jakiegoś schowku.
- Ale o co ci chodzi, kochanie? - udawał głupiego.
- Widziałam, jak macałeś tą blondynę pod stołem! Czy ty się dobrze czujesz?! - krzyknęłam. 
Byliśmy w klubie, nikt nie mógł nas usłyszeć przy tej głośnej muzyce. 
- Nie rozumiem, o co ci chodzi - uśmiechnął się niewinnie.
- Czyli ona jest lepsza ode mnie, tak? - spytałam i wbiłam w niego przenikliwe spojrzenie. - Odpowiadaj normalnie, bo nie ręczę za siebie.
- Ta przemiła pani? Ależ oczywiście, że nie! - kłamał. Wiedziałam, że kłamał. Już od jakiegoś czasu nie układało się między nami, a ja widziałam jak on patrzył na inne dziewczyny. Czułam, że mu się znudziłam. 
- To dlaczego to robiłeś?
Gdyby był pijany, przymknęłabym na to oko. Ale nie był. Był w pełni świadom swoich czynów. 
- Kochanie, to nic nie znaczyło...
- Kochasz mnie jeszcze? - przerwałam mu.
Milczał. Odwróciłam głowę, aby nie widział moich łez. Jego zapewnienia były po prostu nic nie warte. Dlaczego w ogóle zgodziłam się być jego dziewczyną, skoro wiedziałam, jaki on jest? 
Po prostu stamtąd wyszłam i zostawiłam go samego...
- Wtedy go nienawidziłam - przyznałam. 
- Ale jak się pogodziliście? - Blanca była żywo zainteresowana całą tą historią mojego życia.
- Parę tygodni później. Przyszedł do mnie i powiedział, że nie może beze mnie żyć, a ja dopiero się pozbierałam po tej kłótni... Oczywiście byłam w nim zakochana po uszy i jak myślisz, co zrobiłam?
- Pewnie mu wybaczyłaś.
- Tak. Głupia ja - pokręciłam głową, przypominając sobie kolejne zdarzenia. 
- Dlaczego głupia? Przecież teraz jesteście szczęśliwi! - nastolatka zdziwiła się.
- Harry musiał bardzo się postarać, abym przyjęła jego oświadczyny... za drugim razem - uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Za drugim razem? - Blanca uniosła jedną brew do góry.
- Gdy przyjęłam za pierwszym razem, znowu mnie zranił... Później nie chciałam mieć z nim nic do czynienia, pomimo tego, że go kochałam... Cały czas go kochałam... Ale on był cierpliwy. Przez dwa lata, po naszych wszystkich związkach, stał się moim przyjacielem i odzyskiwał moje zaufanie... Oświadczył mi się drugi raz i tym razem było już wszystko dobrze... Kłóciliśmy się, jak to bywa, ale już nigdy mnie nie skrzywdził... Nigdy. 
- Kłóciliście się? O mało domu nie rozniosłaś, mamo! - Do altanki weszła moja córka i usiadła obok swojej córki. 
- Chyba, że mówisz o tej kłótni. Ale... pamiętasz o niej jeszcze? - zdziwiłam się.
- Wtedy naczynia latały po domu, nie sposób tego zapomnieć.
- To wszystko było przez twojego ojca! To on się upił i zrobił awanturę!
- Najlepiej całą winę zwalić na mnie - usłyszałam ten przepiękny głos, a po chwili Harry, mój Harry, usiadł obok mnie.
- A może tak nie było?
- Przecież już przepraszałem za tamto chyba z milion razy.
- Przez ciebie potłukłam moją ulubioną porcelanę. 
- Nikt nie kazał ci nią rzucać.
Westchnęłam tylko.
- O czym właściwie rozmawiałyście? - mój mąż spytał.
- O tym, jakim byłeś łamaczem serc.
- Ja? Wypraszam sobie.
- Ale taka prawda - wtrąciła Blanca. - Nie patrz tak na mnie, dziadku. Babcia mi już wszystko opowiedziała.
- Co takiego?
- Właściwie to tylko jak się poznaliśmy aż do momentu wyjawienia mojego prawdziwego imienia tobie - powiedziałam.
- Dlaczego właściwie nie lubisz swojego prawdziwego imienia, babciu? - zapytała nastolatka.
- Nigdy mi się nie podobało.
- Kochanie, wiesz co się stało równo 50 lat temu? - Harry zadał pytanie.
Dzisiaj jest... 10 lipca... Ile ja miałam wtedy lat...? 17!
Nagle mnie olśniło.
- Wtedy się poznaliśmy - rzekłam zszokowana. Zupełnie o tym zapomniałam. - I wtedy nazwałam ciebie mopem - zaśmiałam się razem z Blancą. 
- Moja fryzura wcale tak nie wyglądała - odparł urażonym tonem. 
- Oczywiście, że nie. Była przepiękna - uśmiechnęłam się. 
Zapanowała cisza. Dołączyła do nas reszta członków rodziny i wspólnie patrzyliśmy na księżyc. 

Moje życie od zawsze było zagmatwane. Ale zawsze starałam się widzieć w każdej sytuacji tą lepszą stronę, chociaż nie zawsze mi się to udawało. Teraz, gdy jestem starą i pomarszczoną kobietą, wiem, że moje życie przeżyłam najlepiej jak potrafiłam. 
__________________________________

Wiem, że epilog rewelacyjny nie jest, ale lepszego nie napiszę...
Dziękuję za to, że byliście i czytaliście to opowiadanie :) Kocham Was! <3
Nie wiem, co mam jeszcze napisać... To prawdopodobnie ostatni post na tym blogu, trochę mi smutno... ;c Ale cieszę się, że dotrwałam do końca. Że nie porzuciłam jej w środku, chociaż miałam taki zamiar, nawet kilka razy. Zakładając tego bloga, teoretycznie nie miałam żadnych pomysłów. Właściwie sama nie wiem, dlaczego go założyłam... To był taki jakiś impuls.
Jeszcze raz, bardzo Wam dziękuję! <3

Jeśli choć trochę lubicie mnie i chcecie nadal czytać moje bazgroły, zapraszam tu :)
After a hurricane, comes a rainbow
Tam mnie teraz znajdziecie! ^^

Oraz mam taką prośbę... Podobno bloga czyta tak dużo osób, czy mógłby skomentować każdy, kto go kiedykolwiek czytał? Wystarczy nawet kropka, emotikonka, jakiegoś słowo, cokolwiek. Tylko, żebym wiedziała, że czytaliście. Bardzo proszę :)

TAK WIĘC KOMENTUJCIE, NAPRAWDĘ BARDZO MI NA TYM ZALEŻY!! :)

Żegnajcie,
patty lubi żelki :c

poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 46

Patrzyłam się na niego wyczekująco. Ale on milczał.
- Chodzi o to... Ja... - jąkał się. To coś nowego, Harry Styles się jąka!
Ponownie chciał coś powiedzieć, ale otworzyły się drzwi, które mu przeszkodziły.
- Harry, musimy iść - powiadomił go Louis.
- Nie możesz poczekać pięciu minut?
- To pilne.
Chłopak westchnął, puścił moją dłoń. Posłał mi przepraszające spojrzenie, rzucił krótkie "do zobaczenia" i tyle go tutaj widziałam.
Zapewne miałam dziwną minę. Co... co on chciał mi powiedzieć?
***
- Już jestem! - krzyknęłam, wbiegając do garderoby.
- Nareszcie! Już myślałam, że będzie musiała cię zastąpić twoją dublerka! - nauczycielka sztuki odetchnęła z ulgą i spojrzała na zegarek.
- Przecież powiedziałam, że zdążę, więc jestem - oznajmiłam, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Zajęły się mną teraz makijażystki i jej podobne koleżanki.
Po jakimś czasie mój makijaż, moja fryzura i mój strój były gotowe. Ja byłam gotowa. Gotowa do wielkiego przedstawienia. Rozeszło się ono na taką skalę, że odwiedziła nas nawet prasa! Od czasu znalezienia mnie nadal nie udzieliłam żadnego wywiadu, chociaż propozycji miałam na pęczki. Julia jest wściekła, ale podoba jej się, że występuję w tej sztuce.
- I... wchodzisz - pani Wright popchnęła mnie lekko w stronę sceny.
Już dawno nie czułam tego uczucia. Światła reflektorów skierowane na mnie, cała sala zapełniona ludźmi po brzegi. Wesoło podskakiwałam i nuciłam przy okazji. W ręku trzymałam wiklinowy koszyk. Klęknęłam nad prowizorycznymi krzakami porzeczek i zaczęłam się zbierać. Wkrótce potem dołączyła do mnie moja pomocnica i zaczęły się rozmowy... Ogółem pracuję w posiadłości bardzo szanowanego szlachcica i jego syna... Wiadomo, zakochuję się w tym chłopaku, on we mnie, ale to zakazana miłość... W końcu panicz i służąca... Akurat odwracałam się w stronę publiczności i zobaczyłam GO tam. Harry stał prawie przy samej scenie i wpatrywałam się prosto we mnie. Nie rozmawiałam z nim od czasu szpitala, więc skąd w ogóle wiedział o moim występie? 
- Ucieknijmy - powiedział do mnie Roy, moja chwilowa miłość życia.
Siedzieliśmy teraz w altance w jego ogrodzie i oglądaliśmy gwiazdy.
- Nie możemy, przecież twoja rodzina... Stracisz cały majątek - zaprzeczyłam. 
Jest to naprawdę przepiękna opowieść. W zasadzie, chciałabym takie coś przeżyć naprawdę. Chłopak, który poświęci dla mnie wszystko. Absolutnie wszystko.
- Nie liczy się dla mnie majątek. Nic się nie liczy poza tobą. Jesteś dla mnie najważniejsza, Lena. Kimże bym był, gdybym cię stracił? Głupcem. 
- Będziesz głupcem, jeśli ze mną uciekniesz. - Zerknęłam ukradkiem w stronę Styles'a, siedział jak zaczarowany.
Teraz nas nakrywają, mnie chcą ukarać karą śmierci, za tak haniebne poczynania jak rozmawianie z tak ważną osobą. Jego chcą zamknąć w jego własnym pokoju, gdzie ma poczekać na dzień ślubu z niejaką Veronicą. 
Ale udaje nam się uciec. 
Ostatnią sceną jest las. Tam ginę. Jakiś strzelec, który wybrał się na polowanie, trafił we mnie. Zupełnie przez przypadek. Padam na ziemię.
- Nie! Lena! - krzyczy zrozpaczony mój towarzysz.
- Nic mi nie będzie - kłamię.
- Nie opuszczaj mnie - zaczyna płakać.
- Roy, zapamiętaj sobie jedną rzecz. Być może mnie nie będzie przy tobie ciałem, ale zawsze będę tu - i tu wskazuję na jego serce. - Moje należy do ciebie... do końca.
Zamykam oczy. 
- Kocham cię - wyszeptał i... o mój Boże! Pocałował mnie! Tego nie było w scenariuszu!
Wtedy jest koniec, kurtyna nas zasłania.
Zerwałam się na równe nogi.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - niemal krzyknęłam.
- Kim, wyszło wspaniale. A ten pomysł z pocałunkiem... pięknie, naprawdę pięknie. Że też sama na to nie wpadłam! - powiedziała nauczycielka sztuki. 
Cisnęłam w chłopaka piorunami z moich oczu i zdenerwowanym krokiem ruszyłam do garderoby, gdzie przyprowadziłam się do swojego normalnego wyglądu.
Co sobie Harry pomyślał o tym pocałunku?
Czemu się tym przejmuję?
Wyszłam z budynku i rozglądałam się za Claudią. Rodzice nie przeszli... Normalne. W końcu ją zobaczyłam. Stała i... rozmawiałam z pewnym lokowanym osobnikiem!
Podeszłam do nich i przywitałam się z nimi.
Uradowana Dia natychmiast się do mnie przytuliła.
- Jejku, zagrałaś świetnie... Nie, fenomenalnie! - pisnęła. - Ta historia jest taka piękna...
- Dzięki - wyszczerzyłam się.
- Tak... ja też uważam, że poszło ci wspaniale - oznajmił Harry.
Złapałam z nim kontakt wzrokowy. W jego oczach dostrzegłam radość i... trochę smutku.
- Będę czekała na przystanku - powiadomiła mnie moja siostra i odeszła.
- Dawno się nie widzieliśmy - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Przepraszam, nie mogłem...
- Rozumiem, nie musisz się tłumaczyć.
Przerwał nam dźwięk nadchodzącego SMS-a. Styles wyciągnął komórkę z kieszeni i odczytał wiadomość. Chyba nie była zbyt wesoła, gdyż na jego twarzy pojawił się grymas.
- Muszę iść... Spotkamy się jutro?
Przytaknęłam ruchem głowy i patrzyłam na odchodzącego Harry'ego. Znowu przerwała nam jego komórka, a mnie ciekawość zżerała od środka. Westchnęłam i dołączyłam do Claudii, a potem wspólnie wsiadłyśmy do autobusu i pojechałyśmy do domu.
***
- Zwariowałaś! - Rose pokręciła głową z dezaprobatą. 
- Nie, dobrze wiem, co robię. - Cały czas trzymałam przy swoim. 
- Ale lekarz...
- W dupie mam to, co powiedział lekarz.
Zawiązałam sznurowadło i dołączyłam do rozgrzewających się dziewczyn. Musiałam dobrze rozruszać swoją nogę i co ważniejsze, rękę, aby w trakcie zawodów nie stało się coś nieodpowiedniego. 
- Czyli jednak wystąpisz? - Susane nie wyglądała na zadowoloną. 
Nie odpowiedziałam, tylko uśmiechnęłam się szeroko. Koło mnie stanęła ruda i razem przygotowywałyśmy się. Musiałam się uspokoić; wyciszyć wewnętrznie, podczas skoku powinnam być skupiona i opanowana. Tak, pomimo sprzeciwów doktora, biorę udział w zawodach cheerleaderskich. 
W końcu widowisko się rozpoczęło. Przed nami występowały inne dziewczyny i ze zgrozą przyznaję, że były rewelacyjne. Nadeszła jednak nasza kolej. Zgasły światła, ustawiłyśmy się na scenie, puszczono muzykę i zaczęło się. Oczywiście na samym wstępie robię kilka sztuczek. Potem taniec, taniec i piramida. Dam radę... Stałam, wzięłam głęboki oddech, zamknęłam oczy, aby uciszyć galopujące serce i JUŻ! Spadłam do tyłu, otworzyłam oczy, udało mi się zrobić zadziwiająco dobre salto i wylądowałam, po czym niemal od razu znalazłam się w ramionach asekurującego mnie chłopaka. Byłam z siebie dumna. Kto by nie był?
Wybory jury minęło szybko i rozpoczęło się ogłoszenie wyników. 
Po przydługim napięciu stworzonym przez prowadzącego okazało się, że wygrałyśmy! Odebrałyśmy puchar, zrobiono nam kilka zdjęć i poszłyśmy się przebrać. 
- Szkoda, że twoja rodzina tego nie widziała. To co zrobiłaś powinno być nagrodzone osobnym medalem! - powiedziała Rose, a reszta dziewczyn jej przytaknęła.
- Wiesz, że nie mogłam im powiedzieć, przywiązaliby mnie do łóżka - uśmiechnęłam się. Oczami wyobraźni widziałam Dię obwiązującą mnie sznurkiem. 
Spieszyło mi się do domu, musiałam wrócić zanim zauważą, że mnie nie ma. Mama i tata akurat dzisiaj są w domu, gdyż musieli obgadać sprawy związane z rozwodem. Akurat dziś! Jest tyle innych dni!
Pożegnałam się z dziewczynami i wyszłam z budynku. Na niebie był już księżyc. Niedobrze. Z naprzeciwka dochodziła głośna muzyka, był to klub. Przechodziłam obok niego, gdy ze środka wypadło dwóch ochroniarzy niosących jakiegoś chłopaka. 
- Żebyśmy cię tu więcej nie widzieli! - krzyknęli i zostawili go na trawniku, kompletnie pijanego. 
Odeszłabym, ale coś zwróciło moje uwagę. Burza brązowych loków. Zmarszczyłam brwi i przyjrzałam się tej osobie. A więc to tak! Mówi, że się spotkamy, a potem, że nie może, bla, bla. A co się okazuje?! Imprezuje sobie! 
Wściekłam się i chciałam ruszyć w dalszą drogę, pozostawiając go na pastwę losu, ale odezwało się we mnie sumienie. Zacisnęłam dłonie w pięści i zawróciłam. 
- Chodź - powiedziałam i pomogłam wstać Stylesowi, następnie pomagałam mu iść. - Jesteś samochodem?
- Kim, co ty tu robisz? - wybełkotał, z trudem go zrozumiałam. 
- A co ty tu robisz?
- Nie widać? Poszedłem się napić! - niepotrzebnie krzyknął.
- Ciszej - skarciłam go.
Chciałam mu wygarnąć, że dla mnie nie ma rzekomo czasu, ale i tak nic z tego nie zapamięta, więc milczałam.
Droga do domu była dość długa, a ja musiałam wysłuchiwać jego bezsensownej paplaniny, jego śpiewania, raz nawet zwymiotował do jakichś krzaków! Zresztą, ma za swoje. Nie trzeba było się tak upijać!
W końcu nadeszło moje zbawienie; myślałam, że już nigdy nie nastąpi. Odprowadziłam go do samych drzwi i miałam pójść wreszcie do siebie, ale Harry złapał mnie za nadgarstek.
- Nie idź jeszcze. - Próbował mnie zatrzymać.
- Daj mi spokój, jestem zmęczona - wyrwałam się z jego lekkiego uścisku i teraz bez żadnych przeszkód dotarłam do furtki.
- Kim, kocham cię! Nie zostawiaj mnie!
Przewróciłam oczami i przedostałam się do swojego pokoju bez żadnych utrudnień.
Leżąc w łóżku, cały czas nie dawała mi spokoju ostatnia jego wypowiedź. Wiem, że był pijany i nie wiedział, co mówi. Ale gdzieś słyszałam, że słowa pijanych to myśli trzeźwych.
***parę miesięcy później***
- A czy jest ktoś, kto skradł twoje serce? - zapytała prezenterka telewizyjna, a z widowni doszło nas głośnie "uuu".
Do mojej głowy od razu wpadł Harry, ale nie chciałam o tym myśleć. To zdrajca, który faktycznie ma moje serce. Ale jednak zdrajca.
- Nie, nie ma na razie nikogo takiego - uśmiechnęłam się. 
- Pewnie niektórzy twoi fani odetchnęli z ulgą - zaśmiała się, a ja jej zawtórowałam. 
Od dwóch tygodni przebywam w Polsce, mam zwolnienie w mojej angielskiej szkole. Musiałam w końcu udzielić jakiegoś wywiadu i wszystko wyjaśnić. Julia jest wniebowzięta. 
- To była nasza Kim Carter, dziękujemy za uwagę, do zobaczenia! - kobieta pożegnała się, a ja wreszcie mogłam iść za kulisy. Jutro już wracam do Anglii i jestem z tego powodu taka szczęśliwa! 
Co do Harry'ego, nic nowego się nie zdarzyło. Oprócz tego, że zaczął spotykać się z niejaką Taylor Swift. Właściwie, to już zerwali, ale ja i tak mam to w dupie. Niby jest mną taki zainteresowany, a chwilę później dowiaduję się o jakiejś jego nowej dziewczynie! Nie umie się zdecydować, a ja mu w tym raczej nie pomogę. 
***
Wreszcie w domu. Położyłam się na swoim miękkim łóżku i zamknęłam oczy, a na mojej twarzy pojawiła się błogość. Nigdy nie myślałam, że aż tak bardzo zatęsknię za Wielką Brytanią. Byłam taka zmęczona, że od razu położyłam się spać.
Następnego dnia wstałam uśmiechnięta. Odsłoniłam rolety i wystawiłam moją twarz na promienie słoneczne. Wyszłam na balkon i wciągnęłam świeże powietrze. Zapowiada się ciepły dzień, co jest raczej dziwne jak na początek kwietnia i to w Anglii. 
Ubrałam się i w wesołych podskokach zeszłam na dół. Dzisiaj jest w dodatku sobota. Wszystko świetnie. Na dole nawet spotkałam mamę robiącą naleśniki! Zjadłam je w szybkim tempie i czekałam na rozwój wydarzeń, ale nic. Kobieta się ze mną pożegnała i wyszła do pracy. Nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Claudia zjadła śniadanie i do południa przebywała w moim towarzystwie, ale również nic! Byłam zdezorientowana. Przez cały dzień nikt mi nawet nie złożył życzeń! Nikt nie zadzwonił! Żadna ciotka, wujek, ani nawet babcia! Wszyscy zapomnieli... Zapomnieli o moich 18 urodzinach! 
Wieczorem na szczęście dostałam telefon od dziadków i jedynego wujostwa, które znałam. Na Twitterze roiło się od życzeń od moich fanów. A tutaj nikt. Poszłam do cukierni i kupiłam sobie pierwszy lepszy tort, po czym wróciłam do domu, ściemniało się. Całkiem smutna i nieco zła udałam się do swojego pokoju. Poczekałam jeszcze cały wieczór, ale nikt nie przyszedł. 
Usiadłam przy moim łóżku i pozwoliłam kilku łzom spłynąć po moim policzku. Wbiłam w ciasto osiemnaście świeczek i zapaliłam je.
- Sto lat, Kim - wyszeptałam. Pomyślałam życzenie i miałam zdmuchiwać świeczki, gdy ktoś zapukał do drzwi. Ugasiłam je szybko i wsunęłam tort pod łóżko. 
- Proszę! 
- Kim, ktoś do ciebie - rzekła Claudia i wpuściła do środka... Macieja!
Wstałam i od razu go przytuliłam.
- Wszystkiego najlepszego! - wykrzyknął.
- Pamiętałeś. Jako jeden z nielicznych - wyszeptałam.
- I mam dla ciebie mnóstwo prezentów! To kiedy imprezka z okazji twoich 18 urodzin? - chłopak zatarł szatańsko ręce.
- Ostatnio miałam tyle na głowie, że niczego nie zaplanowałam - przyznałam.
- Coś się wymyśli - uśmiechnął się.
Wyjęłam tort spod łóżka i razem zaczęliśmy go jeść. Był naprawdę przepyszny. Później rozpakowałam kilka prezentów... Przez całą noc nie zmrużyliśmy oka, rozmawialiśmy. Chociaż jedna fajna rzecz w moje urodziny.
Rano Maciej musiał już wyjechać, ale nie byłam zła, może trochę smutna. Przy śniadaniu nie odzywałam się do nikogo, a oni jeszcze nie wiedzieli dlaczego! 
W południe, kiedy jadłam popcorn i oglądałam telewizję, przyszła do mnie cała moja rodzina: mama, tata i siostra. 
- Powiesz nam, co się dzieje? - spytała zirytowana Dia.
- Chcecie wiedzieć? Wczoraj był 6 kwietnia - rzekłam, a oni nadal nie wiedzieli, o co chodzi. - 6 kwietnia - powtórzyłam. 
Oczy Claudii rozszerzyły się, przyłożyła ręce do twarzy. 
- Kurczę, tak strasznie cię przepraszam! Jestem okropną siostrą, jak mogłam zapomnieć?! - wykrzyknęła.
- Wczoraj... były twoje urodziny! Tak strasznie cię przepraszamy! - odezwała się mama ze skruchą. 
- Nie wiem, jak to się stało... Po prostu nie wiem... - mamrotała czarnula.
- Dobra, wybaczam ci, nie zadręczaj się - uśmiechnęłam się lekko. - Wam też. - Spojrzałam na rodziców. 
- Wszystkiego najlepszego? - powiedziała Claudia z wahaniem.
- 100 lat, córciu - tata usiadł obok mnie i pogłaskał mnie po głowie. Normalnie to powiedziałabym, że nie jestem psem, ale nie chciałam zepsuć tej chwili. 
Posiedzieliśmy tak do wieczora. Zauważyłam, że mama i tata podczas tego rozwodu spędzają więcej czasu razem niż jak byli małżeństwem. Próbują teraz nam wszystko wynagrodzić. To naprawdę miłe, że się tak starają. 
Wieczorem życzenia złożyli mi również Rose i One Direction, których pewnie powiadomiła Dia. Nawet Harry przyszedł, ale starannie unikał mojego kontaktu wzrokowego. Kiedy to się wreszcie skończy? 
***
Ok, już się powoli kończy. Przez ostatni tydzień prawie cały wolny czas spędzałam z Harry'm, który mnie nie zlekceważył. Podczas tych spotkań tylko potwierdziło się moje uczucie do niego. 
Byliśmy teraz na spacerze w parku, a niebo było zachmurzone, zapewne lada chwila się rozpada. Poczułam pierwszą kroplę deszczu na policzku.
- Lepiej wracajmy - uśmiechnęłam się promiennie.
- Za chwilkę. - Styles złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. - Pamiętasz ten dzień w szpitalu, gdy chciałem ci coś powiedzieć?
- Jak mogłabym zapomnieć? - przekrzywiłam lekko głowę w prawo. - Prawie codziennie o tym myślę.
- Kim, chodzi o to... - odgarnął zbłąkany kosmyk moich kasztanowych włosów za ucho. Deszcz przemienił się w wielką ulewę, ale ja skupiłam się tylko na Harry'm. - Kim, kocham cię.
Zamarłam. Co on właśnie powiedział? Czy ja się przesłyszałam? Tyle razy wyobrażałam sobie właśnie taką chwilę, a teraz... teraz ona działa się naprawdę. W tej jednej sekundzie napadło mnie tysiąc wątpliwości, które postanowiłam odsunąć na bok. Dość miałam takich pytań, jak "czy mu zaufać", "czy mnie zrani". To się teraz nie liczy. Liczy się chwila, ta chwila, ta przepiękna chwila.
Na mojej twarzy pojawił się niezwykle szeroki uśmiech.
- Ja też cię kocham, Harry - powiedziałam. O. Mój. Boże! Powiedziałam to!
- Słucham? - lokaty zamrugał kilkakrotnie.
- Pamiętasz, jak ci opowiadałam, że zobaczyłam cię z Brianną, a chciałam ci coś wtedy powiedzieć?
Chłopak przytaknął.
- To właśnie było to.
Styles również się uśmiechnął. Położył swoje ręce na mojej talii, nachylił się nade mną i złączył nasze usta w pocałunku.
Staliśmy w deszczu, połączeni w ten niezwykły sposób, a ja byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. 
Gdy oderwaliśmy się od siebie, ponownie zabrałam głos. Zdecydowałam się na coś, czego nawet bałam się wymówić, z nieznanych mi przyczyn.
- Amelia.
- Co Amelia? - spytał niemal automatycznie.
- Amelia to moje prawdziwe imię - wyszeptałam i niepewnie spojrzałam w jego zielone oczy.
Harry uśmiechnął się i znów mnie pocałował. Kiedyś powiedziałam mu, że moje prawdziwe imię znają tylko osoby, które są naprawdę dla mnie ważne. Harry był dla mnie ważny. 
___________________________________________________

Zdaję sobie sprawę, że zwykłe "przepraszam" nie załatwi sprawy... Ale i tak Was przepraszam ;)
I w ogóle... WOW! Mam 101 obserwatorów! Normalnie nie mogę w to uwierzyć ;D
Tak i... nie wiem, czy wam się to spodoba, czy nie, ale to jest ostatni rozdział na tym blogu (tak wiem, że rewelacyjny to on nie jest, ale starałam się). Następna notka to epilog ;c
To by było na tyle.
Nie złośćcie się na mnie ;)
Kocham i pozdrawiam,
patty lubi żelki :3 xx

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Rozdział 45

Panikowałam. Czas, przez który czekałam na Claudię, jednocześnie leżąc na ziemi, dłużył mi się niemiłosiernie. Już sama nie wiedziałam, czy naprawdę mnie boli, czy to tylko wytwór mojego umysłu.
- O kurde! - usłyszałam krzyk Melanie. Nie miałam siły podnieść głowy. Zrobiło mi się strasznie zimno i słabo; chciało mi się spać. Zamknęłam oczy i po chwili poczułam ukojenie.
***oczami Harry'ego***
Oderwałem się od Brianny, gdy usłyszałem na zewnątrz jakieś krzyki. Podszedłem do okna i zmarszczyłem brwi. Na trawniku domu obok było jakieś zamieszanie. Wytężyłem wzrok i... przeraziłem się. Leżała tam Kim! NIEPRZYTOMNA Kim! Jej noga... była cała we krwi... Obok niej stał Louis i próbował jakoś wziąć ją na ręce, jednocześnie nie pogarszając jej stanu. Boże, co ona zrobiła?! Mój oddech przyspieszył, a nogi jakby wrosły w ziemię. Przez moment poczułem się nawet zazdrosny, ale przecież Louis to mój przyjaciel.
Wzdrygnąłem się, kiedy poczułem, jak brunetka przytula się do moich pleców. Dlaczego właściwie ja cały czas z nią jestem? Szczerze mówiąc, to nic do niej nigdy nie czułem. Nie potrafię tego wyjaśnić. Tego dnia, gdy spotkałem ją w klubie, chciałem zapomnieć. Nie mogłem znieść myśli, że Kim mnie nie chce. To bolało. Ja zdałem sobie sprawę, że ona strasznie dużo dla mnie znaczy i co? Ona nie czuła tego samego. Jak jakiś idiota miałem nadzieję, że będzie dobrze. Ona nieświadomie zabrała moje serce, za żadne skarby nie chcąc go oddać.
- Co się stało, kochanie? - Brianna wymruczała prosto do mojego ucha. Dlaczego nie zakończę tego chorego związku? Tu już nawet nie chodzi o mnie. Ranię tą dziewczynę.
- Ja... chyba muszę gdzieś wyjść - odparłem niepewnie.
Odwróciłem się do niej i zauważyłem smutek w jej oczach. Dopiero teraz dotarło do mnie, co prawie przed chwilą zrobiliśmy. Nie! To już potoczyło się zbyt daleko.
- I... muszę ci coś powiedzieć - głośno przełknąłem ślinę.
- Co takiego? - na jej twarzy pojawił się uśmiech. Rany, ona była taka niewinna... Jej dobroć do ludzi mnie zadziwiała. Ale to nie ja jestem jej księciem. Na pewno kiedyś takowego spotka i będzie szczęśliwa.
- Brianna, ja... To koniec. Być może zaboli cię, co teraz powiem, ale już nie mogę tak dłużej. Od samego początku właściwie nic do ciebie nie czułem. Przepraszam... Nie chciałem tego... Ja... kocham kogoś innego - wykrztusiłem. Chciałem, żeby zabrzmiało to delikatniej, ale wyszło jak wyszło.
- Ty... ty... - nie mogła się wysłowić, zamiast tego walnęła mnie w policzek. Auć. Zabolało, ale zasłużyłem. - Przez cały czas mnie oszukiwałeś! Byłam zabawką i już ci się znudziłam, tak?! Kochasz kogoś innego, mówisz? Może tą dziewczyną z sąsiedztwa?! Prawdopodobnie tak, widziałam, że między wami jest coś na rzeczy, nie jestem ślepa! - krzyknęła, ale nagle zmieniła ton na spokojniejszy. - Wiesz, współczuję jej. Widziałam jak cierpi. Teraz już wiem, że to przez ciebie, Nie zasługujesz ani na mnie, ani na nią.
- Przepraszam... - powtórzyłem się.
Otarła ręką łzy, które spływały jej po policzkach. Odwróciła się, chwyciła swoją torbę i szybko wyszła z mojego pokoju, głośno trzaskając drzwiami.
Jej słowa... mną wstrząsnęły. Wiedziałem, że trochę namieszałem i zraniłem Kim... Nie chciałem tego, ale w niektórych momentach po prostu się nie kontrolowałem. Przez to wszystko poczułem się jeszcze gorzej. Jestem beznadziejny.
Co ja zrobiłem?
***oczami Kim***
Kiedy się obudziłam, było już w miarę w porządku. Oprócz tego, że leżałam na szpitalnym łóżku, nic mi nie było. Ból gdzieś minął. Spojrzałam na swoją zabandażowaną nogę. A potem na zabandażowaną rękę.
- Kim, obudziłaś się! - krzyknęła uradowana Rose, która weszła do sali i nie mam zielonego pojęcia, skąd się tu wzięła.
- Długo spałam? - spytałam zachrypniętym głosem.
- Najwyżej parę godzin - uśmiechnęła się. - Jak się czujesz?
- O dziwo dobrze.
Drzwi się otworzyły i stanął w nich podstarzały mężczyzna w białym fartuchu. Lekarz.
- Dobrze, obudziła się już pani - mruknął i zaznaczył coś w swoim notatniku.
- Czy mogę wiedzieć, co tak właściwie mi jest? - zapytałam.
- Ależ tak. Miała pani ogromne szczęście. Ręka nawet nie jest zwichnięta, jedynie stłuczona. Ponosi pani ten bandaż przez jakiś czas i wszystko wróci do normy. Rana w nodze była dość głęboka, ale nie wdało się do niej żadne zakażenie, wobec czego mogliśmy od razu założyć pani opatrunek. Inne badania, które zrobiliśmy, nie wykazały niczego niepokojącego, wszystko jest w normie. Poleży tu pani jeszcze do jutra i może wyjść. Czy dojechali już pani rodzice?
- Tak, już jesteśmy - nagle znikąd pojawiła się mama z tatą.
- Przejdźmy do mojego gabinetu - mruknął lekarz i cała trójka wyszła z sali, natomiast weszli do niej Louis i Claudia.
- To żeś się wkopała - zaśmiała się Dia. - Ładnie to tak było podglądać Harry'ego?
- Ehkem... Ja wcale nie... - próbowałam zaprzeczyć.
- My i tak swoje wiemy - Lou wszedł mi w słowo i uśmiechnął się głupkowato.
- To się mylicie - udałam obrażoną.
- Jasne, jasne - Rose szturchnęła mnie w ramię. Oczywiście to, które nie jest zabandażowane. - Weź nie udawaj.
- Świetnie, nie dość, że jestem poszkodowana, to jeszcze się ze mnie nabijacie - mruknęłam.
- Przecież to tylko żarty - Tomlinson uśmiechnął się przyjacielsko.
- Nieśmieszne żarty - zmrużyłam oczy i popatrzyłam na niego morderczym wzrokiem.
Chłopak wybuchnął śmiechem, a po chwili przyłączyła się do niego Rose i Claudia. I, o dziwo, ja też. Nie wiedziałam, dlaczego się śmieję. To nie było ważne. Przez tą maleńką chwilę poczułam, że jestem na swoim miejscu, że wszystko jeszcze może się ułożyć. Przez ten moment byłam szczęśliwa.
- Eee... Przeszkadzam? - w progu drzwi pojawił się... Harry. Boże, Harry! No i koniec mojego szczęścia. Ten idiota wszystko potrafi zepsuć!
- Tak, przeszkadzasz - warknęłam.
- Nie. - Louis spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. - Kim, przestań.
- To co, mam kłamać? On mi przeszkadza i nie będę tego ukrywać! - odparowałam. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć, utkwiłam wzrok w szybie.
- Ja... to właściwie mogę sobie pójść... Chciałem tylko spytać, jak się czujesz... Widziałem przez okno u siebie w pokoju, że coś się dzieje u was na ogródku i zainteresowało mnie to... - powiedział cicho.
- Och, czyżby? Nie byłeś zbyt zajęty swoją dziewczyną? - Kurde. Nie. Nie powiedziałam tego. Jaka ja jestem głupia! Właściwie to mogłam się zabić, gdy spadałam z tego drzewa. Przynajmniej skończyłyby się te moje wieczne upokorzenia.
- Co? No nie mów, że mnie, ku*wa, podglądałaś! - nagle zmienił ton na ostrzejszy.
- To my chyba sobie pójdziemy... A wy sobie porozmawiajcie... - oznajmiła Rose i pociągnęła szatyna oraz moją siostrę w stronę wyjścia. Z lekkim przerażeniem obserwowałam, jak drzwi się zamykają.
- Czyli, że ja nawet u siebie w pokoju nie mogę mieć prywatności?! - Jego ton głosu cały czas się podnosił.
Skuliłam kolana pod brodę, na szczęście bandaż na łydce nie utrudniał mi takich czynności, był całkowicie bezproblemowy. Ponownie spojrzałam w okno i poczułam pierwszą łzę na policzku.
- Odpowiedz!
- Przespałeś się z nią? - kompletnie zbiegłam z tematu. Musiałam wiedzieć.

Poznać Ciebie, a potem stracić,
to kupić chwilę szczęścia
za całą wieczność rozpaczy.

Jego milczenie było dla mnie wystarczającą odpowiedzią. Nie miałam nawet siły otrzeć coraz to nowych łez, które zupełnie niewinne formowały rozmaite ścieżki na moich policzkach i skapywały na pościel, mocząc ją. Nie patrzyłam na niego; nie chciałam. 
- Nie - odezwał się nagle spokojnym tonem, tak zupełnie różnym od tego z przed chwili. - Nigdy z nią nie spałem. Nie spałem z żadną od czasu... od czasu tamtej imprezy. 
- Nie wierzę ci - wydusiłam przez łzy.
- A po co miałbym kłamać? - poczułam jego bliską obecność po mojej prawej, ale cały czas uparcie wpatrywałam się w lewo, na okno. 
- Dlaczego ty tu jesteś? Dlaczego przejmujesz się nikim? - odważyłam się i spojrzałam w te jego ohydnie zielone hipnotyzujące gały.
- A kto powiedział, że jesteś dla mnie nikim? - jego wyraz twarzy wyrażał zdumienie.
- Ty. Powiedziałeś, że... czekaj, może nawet uda mi się zacytować... "Byłaś dla mnie zabawką, nikim więcej". To twoje słowa.
- Ja... przepraszam... Kim, to... to... nie jest prawda. Nie wiem, dlaczego tak powiedziałam... Ja... bolało mnie to, że mnie nie chciałaś. Trochę się załamałem, wiesz? Odbiło mi wtedy... ale nie liczy się nikt poza tobą. Musisz mi wierzyć - wyznał z taką szczerością, że niemal mu we wszystko uwierzyłam.
- A wiesz, co ja ci powiem? - nadal płakałam, nie potrafiłam się opanować. - Pamiętasz ten wieczór, gdy znalazłeś mnie poobijaną w tej dziwnej dzielnicy Londynu? I jak wtedy... pod moim domem... To ja następnego dnia coś zrozumiałam. Żałowałam, że tak późno, ale chciałam to naprawić. Szukałam cię. Liam mi powiedział, że poszedłeś do parku. To ja wielce uradowana też tam poszłam. I wiesz, jaki widok zastałam? Ciebie. Ale nie byłeś sam. Ty... obściskiwałeś się z tą pożal się Boże, Brianną! - ostatnie zdanie prawie wykrzyknęłam.
- Ja nie wiem, co powiedzieć... Tak strasznie mi przykro... Proszę, nie płacz już - rzekł ze skruchą i otarł dłonią łzy z moich policzków, co i tak nie przyniosło żadnych rezultatów, gdyż zaraz pojawiły się tam nowe. - A... co chciałaś mi powiedzieć?
- Teraz to już nieważne, Harry. Teraz już nic nie jest ważne - wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. Musiałam się uspokoić. 
Nagle coś mi się przypomniało. 
- Cholera!
Wstałam z łóżka i kompletnie ignorując Styles'a, wybiegłam z sali. Znalazłam gabinet lekarza, w którym cały czas przebywali rodzice. Dosłownie wpadłam tam jak burza. 
- Powinna pani leżeć, odpoczywać, nie nadwyrężać nogi - zganił mnie doktor.
- Czy za dwa tygodnie będzie już wszystko w porządku? - spytałam szybko.
- Spokojnie, za dwa tygodnie na pewno zdejmiemy pani bandaż z ręki, ale od tej pory przez kilka dobrych tygodni nie będzie pani mogła nadwyrężać tej ręki. A noga... Możemy zdjąć opatrunek, ale rana nie będzie zagojona oraz również nie będzie pani mogła jej nadwyrężać.
Jęknęłam i już czułam się, jakbym przegrała.
A Susane poczuje się, jakby wygrała.
Nie wykonam tego cholernego skoku! Przez ten durny upadek nie będę mogła wziąć udziału w tych zawodach!
- A teraz proszę wracać do łóżka - powiedział lekarz.
W towarzystwie pielęgniarki, którą przywołał mężczyzna, wróciłam do swojej sali. Akurat, gdy wchodziłam, Harry wychodził, lecz zmienił zamiary i z powrotem powędrował do środka. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Za dużo wrażeń. Stanowczo za dużo.
- Proszę już nie wstawać bez konieczności - oznajmiła kobieta i zostawiła nas samych, uprzednio zamykając drzwi.
- Gdzie byłaś? - spytał Harry.
- U lekarza, musiałam się czegoś spytać - odpowiedziałam i spojrzałam na niego. - Zdziwiłam się, że rodzice nadal tam byli.
- To chyba normalne? - podniósł jedną brew do góry.
- Nie u mnie.
Styles chciał coś odpowiedzieć, ale przeszkodzili mu właśnie mama i tata.
- Jak się czujesz? - mama nie dała mi ani chwili wytchnienia.
- Już lepiej. Już tak nie boli jak na początku. Mówię wam, tak się przestraszyłam jak zobaczyłam swoją nogę we krwi! Gdyby nie Claudia, to nie wiem, co bym zrobiła.
- Co ty właściwie robiłaś na tym drzewie? - kobieta usiadła na skraju łóżka i popatrzyła na mnie z czułością. Jej. Już dawno u niej takiej nie widziałam. Zawsze tylko... zawsze to Melanie była ważniejsza. A teraz? Teraz mama się mną przejmuje!
- Kiedy tata przyjdzie po resztę rzeczy? - zmieniłam temat.
Ich rozwód idzie pełną para, że tak się wyrażę. Jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, to po miesiącu, dwóch, nie będą już małżeństwem. Smutne i straszne. Tata już zaczął wstępną wyprowadzkę. Nie zgadzam się na to i ogólnie wcale mi to się nie podoba, ale nie chcę im tego utrudniać. Nie chcę pokazywać, że ich rozstanie mnie boli.
- Już niedługo, skarbie - mama uśmiechnęła się i spojrzała na swojego jeszcze męża.
- Ja już niestety muszę lecieć. Praca wzywa. Trzymaj się, Kim - tata pocałował mnie w policzek i wyszedł, a zaraz za nim poszła mama.
Byli tacy zapracowani.
- Czemu twój tata się wyprowadza? - usłyszałam głos Harry'ego. Kompletnie o nim zapomniałam!
- Nie twoja sprawa - warknęłam.
- Ale ja chcę, żeby to była moja sprawa - ponownie kucnął po mojej prawej stronie i chwycił moją dłoń w swoją.
- Moi rodzice się rozwodzą - odparłam zimno.
- Ale... ale dlaczego? - wykrztusił.
- Oj nie wiem, ich się zapytaj, skoro tak bardzo cię to interesuje. - Byłam już zmęczona tymi ciągłymi pytaniami, miałam dość. Chcę zasnąć. We śnie nie ma problemów. We śnie jest idealnie.
- Może... Może to nie jest najlepszy moment, ale... ja muszę ci coś powiedzieć. Muszę teraz, bo później mogę nie mieć tyle odwagi - popatrzył na mnie. Zauważyłam w jego tęczówkach... strach. Tak, to na pewno był strach. Nie powiem, zaciekawiło mnie to. Trochę też przeraziło, ale jednak ciekawość wygrywała.
- No co? - spytałam, gdy przez chwilę się nie odzywał.
________________________________________________

Przepraszam, przepraszam, przepraszam, że tak długo nie dodawałam! Nie jesteście na mnie źli, prawda? ;c Głównym powodem był brak czasu. Ten tydzień też jest okropny i nie chodzi tu już o szkołę. Muszę pomyśleć o prezencie dla kuzynki na osiemnastkę, w czwartek idę jeszcze do okulisty i, kurczę, trochę się boję. Nosi ktoś z Was soczewki kontaktowe? Jak to jest?
W ogóle, jeszcze chwilę temu ten rozdział wydawał mi się dość fajny, ale jak zwykle moje zdanie zmieniło się w ciągu pięciu sekund ;)
Pozdrawiam,
patty lubi żelki :3

piątek, 31 maja 2013

Rozdział 44

To nie jest na moje siły... Po prostu... Ech. Kurde, ale Susane mnie wkopała. Normalnie kiedy o tym myślę, to... ona w 100% chce się mnie pozbyć z tego świata. Teraz to przynajmniej mam pewność. Jeśli coś pójdzie nie tak... Nawet nie chcę o tym myśleć. Mogę nawet umrzeć. Mogę mieć uszkodzony kręgosłup i do końca życia jeździć na wózku inwalidzkim. A to wszystko przez jeden, jakże durny pomysł tej pustej blondyny. A naszej trenerce jeszcze się to spodobało! Niech ona sama sobie to robi i naraża swoje życie dla nic nieznaczącej wygranej! Ale nie zrezygnuję. Wtedy Susane miałaby nade mną kontrolę. Jestem debilką. Chociaż właściwie... Chyba dramatyzuję. Przecież tam nie będzie aż tak wysoko. Dziewczyny ustawią się w piramidę, ja będę na samym szczycie i BUM! Spadam w dół prosto na trampolinę. Później odbiera mnie taki jeden chłopak i wszystko toczy się dalej... Tak, z pewnością przesadziłam.
Zapięłam zamek od swojej bluzy, a plecak zarzuciłam na prawe ramię. Właśnie wychodziłam poza mury szkoły, gdy zatrzymał mnie czyjś krzyk. Odwróciłam głowę i ujrzałam Victora. Westchnęłam, a na mojej twarzy pojawił się grymas. Victor jest byłym chłopakiem Susane, więc można sobie wyobrazić, że brzydki to on nie był. Miał jasnobrązowe włosy i niebieskie oczy. Odkąd przypadła mu rola asekurowania mnie podczas mojego skoku, nie odstępuje mnie na krok. Nigdy jeszcze nie spotkałam aż tak bardzo nachalnego chłopaka.
- Odprowadzić cię? - posłał mi szeroki uśmiech.
Już miałam mu odmówić, ale zauważyłam zazdrosny wzrok blondyny.
- Jeśli chcesz - zgodziłam się niby z niechęcią. - Może wpadniesz do mnie?
Musiałam, po prostu musiałam! Ale zrobiłam to tylko i wyłączenie, żeby pogrążyć Susane.
Victor, wielce uszczęśliwiony, skinął głową.
Droga minęła mi dość nudnie. Szatyn cały czas opowiadał o sobie i swojej drużynie koszykarskiej, do której należał. Myślałam, że tam zwariuję. Moje zbawienie nastąpiło, gdy dotarliśmy do mojego domu. Przeklinałam siebie w duchu, że wyskoczyłam z tym całym zaproszeniem. Odprowadzenie w zupełności by wystarczyło, ale ja nieee. Oboje weszliśmy do kuchni, a ja nalałam nam soku do szklanek. Tym razem panowała między nami cisza, co właściwie było jeszcze gorsze od tego jego ciągłego gadania.
- Może zagramy w badmintona? - zaproponowałam pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy. Nie była może do końca jakaś nie wiadomo jak mądra, ale przynajmniej będziemy mieli zajęcie i może Victor sobie w końcu pójdzie.
- Świetny pomysł - pochwalił mnie. Nie wiem, czy zrobił to z grzeczności, czy faktycznie mu się spodobał.
Kazałam mu chwilkę zaczekać i pobiegłam do swojego pokoju. Szybko przebrałam się w jakieś luźniejsze ubrania i z szafy wyjęłam rakietki, lotkę oraz siatkę. Zrobimy sobie meczyk.
Wyszliśmy do ogrodu i rozstawiliśmy wszystko jak należy. Jak na jesienny dzień i Anglię, było słonecznie oraz bezwietrznie. Idealnie do gry w badmintona.
Przerzucaliśmy lotkę przez siatkę i prawie cały czas był remis. Akurat ja serwowałam, lecz zrobiłam to za mocno i lotka przeleciała na posesję One Direction. Wspięłam się na płot odgradzający nasze posiadłości i zlustrowałam wzrokiem ich ogródek. Mój wzrok zatrzymał się na siedzących w altance Harry'ego oraz Briannę. Świetnie, po prostu świetnie.
- Ej, ludzie! - krzyknęłam, aby zwrócić ich uwagę i udało mi się. - Podacie mi lotkę? Leży tam obok tych kolorowych kwiatków!
Styles wstał, podniósł rzecz, o którą prosiłam i podszedł do mnie.
- Grasz w badmintona? - wyraźnie się ożywił.
- Nie, tak sobie wrzuciłam lotkę na wasz ogródek - odparłam lodowatym tonem.
- Wszystko w porządku? - obok mnie pojawił się Victor.
- Tak, idziemy grać dalej? - zeskoczyłam z płotu i wskazałam ręką na siatkę.
- Możemy z wami? - spytał Harry.
- Co? - wyrwało mi się.
- Czy ja i Brianna możemy zagrać z wami? - ponowił pytanie i zmroził szatyna wzrokiem. To było dziwne.
- Jasne - za mnie zgodził się Victor.
- To zaraz będziemy.
To stało się tak szybko, że nawet nie zdążyłam zaprzeczyć. Nie zdążyłam nic zrobić. Zdenerwowałam się trochę, ale nie dałam tego po sobie poznać. Świetnie, będę musiała patrzeć na tę ohydną parkę. Już mi się zbiera na wymioty.
Po chwili dołączyły do nas dwie niechciane przeze mnie osoby.
- To jak się dzielimy?
- Może ja i Kim przeciwko wam? - zaproponował szatyn. Mi tam odpowiada. - Później będziemy mogli się zamienić. - To już nie bardzo mi się spodobało.
Dałam im dwie pozostałe rakietki i rozpoczęliśmy grę. Muszę przyznać, że oboje znakomicie sobie radzili, co oczywiście zdenerwowało mnie do granic możliwości. Wszystko, co związane z nimi mnie denerwuje i nic na to nie poradzę.
Nasz pojedynek był naprawdę wyrównany, z całych sił się starałam, abyśmy wygrali. Ale moje starania nie przyniosły żadnych rezultatów, niestety. Przegraliśmy jednym punktem. Ta cała Brianna, czy jak jej tam, zaczęła się cieszyć jak głupia. Wleciała Harry'emu w ramiona i normalnie go pocałowała! Na moich oczach!
- Idę się napić - wycedziłam przez zęby i czym prędzej zniknęłam w moim domu. Prawie zabiłam się o rozwiązanie sznurówki, ale nie miałam zamiaru ich na razie zawiązywać.
Nalałam sobie wody do szklanki i wypiłam ją za jednym razem. Później oparłam się o blat i spuściłam głowę w dół. Próbowałam uspokoić przyspieszony oddech.
- BU! - usłyszałam znienacka, a serce podeszło mi do gardła.
Gwałtownie podniosłam głowę i zapomniałam o szafce, wobec czego rąbnęłam w nią z całej siły. Odskoczyłam do tyłu, ale nadepnęłam na rozwiązane sznurowadło i czułam jak spadam... W ostatniej chwili ktoś mnie złapał i zapobiegł mojemu upadkowi. Gdy tylko odzyskałam równowagę, wyrwałam się z jego uścisku i spojrzałam na jego twarz. Harry. Gdyby mój wzrok mógł zabijać, już leżałby martwy.
- Wszystko w porządku? - spytał niepewnie.
- Ty też chcesz mnie zabić? Dlaczego wszyscy się na mnie uwzięli? - jęknęłam, pocierając obolały tył głowy.
- Przepraszam, nie chciałem... - wymamrotał.
- Oczywiście, teraz to przepraszam. Trzeba było pomyśleć wcześniej. Wbrew pozorom, to nie boli - warknęłam.
- Mogłabyś być milsza - rzekł obrażonym tonem.
- Dla ciebie nie mam zamiaru - założyłam ręce na piersi.
- A co ja takiego zrobiłem?
- Gdzie jesteście? - przerwał nam głos brunetki.
- Twoja dziewczyna cię szuka - powiedziałam z wyraźnym obrzydzeniem.
- Dlaczego ty jej tak nie lubisz? - Styles zmrużył oczy.
- A czy musi być jakiś powód? - wzruszyłam ramionami.
- Przecież ona jest bardzo sympatyczna i miła, więc nie rozumiem...
- Och tak, i ładna, i utalentowana pewnie też, prawda?
- O co ci chodzi?
- O nic.
Harry chciał coś powiedzieć, ale do pomieszczenia wkroczyła jego dziewczyna. Zlustrowałam ją wzrokiem. Z bólem serca muszę przyznać, że jest ode mnie ładniejsza... i ogólnie bardziej... hmm... pociągająca? Teraz już rozumiem, dlaczego wybrał ją. Po prostu jest ode mnie lepsza.
- Mogę dostać coś do picia? - spytała uprzejmym tonem. Nawet nie miała irytującego głosu!
- Tak, oczywiście - odparłam przygaszona.
Po chwili wróciliśmy na mój ogródek i rozpoczęliśmy kolejną grę. Tym razem był następujący podział: Harry i ja, Victor i Brianna. Jak można się domyślać, nie byłam zbytnio zadowolona, że jestem z nim w drużynie. To chore. Nienawidzę go, bo go kocham.
Szło nam świetnie. Wygrywaliśmy z dość dużą przewagą. W pewnym momencie rzuciłam się na lotkę w tym samym momencie co Harry. Można się domyślić, że się zderzyliśmy. Znów bym upadła, ale Styles pociągnął mnie za rękę i oboje wylądowaliśmy na ziemi. W dość dwuznacznej pozycji, gdyż ja leżałam na nim. Spojrzałam w jego zielone oczy i przez moment pozwoliłam, aby moje prawdziwe uczucia wyszły na jaw. Bolało mnie to, że znalazł sobie inną. Bolało mnie to, że byłam dla niego nikim.
- Eee... Przepraszam - wykrztusiłam i wstałam.
Spojrzałam na brunetkę i szatyna; oboje wpatrywali się w nas z dziwnymi minami. Brianna na pewno była zazdrosna. Ale ona ma do tego pełne prawo, nie to co ja. Dokończyliśmy grę z pozytywnym wynikiem dla mnie i Styles'a, a potem odbyła się ostatnia runda. Tym razem w zagraliśmy ja i Brianna oraz Harry i Victor. Dzięki mnie cały czas nadrabiałyśmy punkty, ale to jednak chłopcy mieli przewagę.
Ten dzień chyba był dla mnie tym nieszczęśliwym. W pewnym momencie oberwałam rakietką prosto w twarz! Próbowałam odbić lotkę i BAM! Z zaskoczenia usiadłam na ziemi i zamknęłam oczy. Niby taka niepozorna rakietka, a jednak boli. Najbardziej ucierpiał mój nos.
- Kim, wszystko w porządku? - usłyszałam głos Styles'a, a po chwili poczułam czyjąś dłoń na moim policzku. - Proszę, odezwij się...
- Wszystko dobrze - wymamrotałam, ale nadal miałam zamknięte oczy.
- Popatrz na mnie - lokaty mi wręcz rozkazał.
Uniosłam powieki i zobaczyłam jego twarz bardzo blisko mojej. Obie dłonie trzymał na moich policzkach i miał zatroskaną minę.
- Jest ok - uśmiechnęłam się blado i wstałam. - Wiecie co, lepiej będzie jak już pójdziecie. - W ten oto łagodny sposób wygoniłam ich z mojego domu, pozbyłam się też Victora.
To był dziwny dzień.
***
Dzisiaj odbyła się pierwsza próba tego mojego skoku. Nie było aż tak tragicznie. 
Westchnęłam i zmieniłam pozycję na gałęzi, gdyż w tej ścierpła mi noga. Tak, na gałęzi... Siedzę na drzewie. Nie pytajcie dlaczego, bo sama nie znam odpowiedzi na to pytanie. Po prostu miałam ochotę wejść sobie na drzewo obok mojego balkonu. Wróciłam ze szkoły i naszła mnie taka chęć. Nie ma w tym nic dziwnego. Nic a nic.
Dzięki temu przynajmniej zauważyłam Briannę i Harry'ego w jego pokoju. Miałam nagły i jakże silny przypływ zazdrości. I teraz wiedziałam, że to na pewno nie jest jego siostra! Wtedy to się zbłaźniłam, ale teraz... no dobra, teraz też, ale nic na to nie poradzę.
W ekspresowym tempie zeszłam z drzewa, lekko nachylając gałąź, na której siedziałam, czym spowodowałam urwanie się kilku zeschłych kolorowych liści. W szafce w moim pokoju odnalazłam dobrze mi znaną lornetkę i znów schowałam się na drzewie, znajdując dobre miejsce na podglądanie.
Co ze mną nie tak?
Siedzieli na jego łóżku i rozmawiali. Rozmawiali... i rozmawiali. W końcu (lub niestety) zaczęło się coś dziać. Styles nachylił się nad nią i ją, kurde, pocałował! Potem wszystko zaczęło się toczyć niemal błyskawicznie... Moje oczy szerzej się otworzyły i bardziej naparłam swoim ciałem na inny konar, aby mieć lepszą widoczność. Nie minęły nawet trzy sekundy, kiedy usłyszałam trzask, zauważyłam łamiącą się gałąź i spadłam... Z moich ust wydobył się krzyk, kiedy tak odbijałam się o liście. Z jękiem opadłam na ziemię i syknęłam z bólu. W pierwszym momencie moją czaszkę przeszła ogromna fala bólu, lecz później słabła, aż zniknęła. Ręka piekła mnie niemiłosiernie, a o nodze to już nie wspomnę... Spojrzałam na nią i krzyknęłam z przerażenia. Moja łydka była cała we krwi! MOJEJ krwi!
I tak właśnie się kończą moje napady zazdrości.
Moje wrzaski wywabiły z domu Claudię i bardzo dobrze, bo nie wiem, jak sama bym sobie poradziła. Mała zobaczyła mnie i również krzyknęła. Super. To mi nie pomogło. W końcu dziewczyna się opanowała i całe szczęście, bo przez nią jeszcze bardziej się bałam.
- Poczekaj tu chwilę. Zaraz wracam - oznajmiła i zniknęła w budynku.
Nawet jakbym chciała się gdzieś ruszyć, to raczej nie miałam jak. Nieświadomie poruszyłam ręką i zawyłam z bólu. Cholera!
_______________________________________________

Powolutku zbliżamy się do końca :)
Kurczę, mam teraz takie urwanie głowy, że nie wiem, za co mam się zabrać jako pierwsze. Rozdział pisałam i robiłam pracę na religię xD W końcu szóstka sama się nie zdobędzie, niestety ;c
Pod poprzednim rozdziałem, ktoś pytał czy mam twittera. Nie, nie mam. Facebooka też nie :D
Pozdrawiam,
patty lubi żelki :3

P.S. Nie wiem czemu, ale mam wyśmienity humor przez tą piosenkę. Aż tańczyć mi się chce xD

piątek, 24 maja 2013

Rozdział 43

Przecież to niemożliwe. To nie o mnie chodzi. To na pewno nie o mnie. Obok mieszka One Direction, więc co tam taka ja...
Jednak kiedy zobaczyłam Melanie, która przechodzi przez płot... To był JEJ sposób. Tak się wymykała w Polsce. Tak uciekała przed natrętnymi dziennikarzami.
Wzięłam głęboki oddech i podniosłam komórkę z ziemi. Co ja teraz robię...? Przecież... To będzie sensacja. Zaginiona nastoletnia aktorka odnaleziona!
No i skończyło się życie na wolności.
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Do domu nie mogłam przecież pójść, skoro czyhało na mnie stado dziennikarzy. Nie odpuszczą, dopóki nie odpowiem na wszystkie pytania.
Nagle mój telefon znów zaczął dzwonić. Rose.
- Już wiem - powiedziałam na wstępie, starałam się ukryć drżenie głosu.
- Och... To... to co teraz zrobisz? - spytała.
- Nie mam pojęcia. Chociaż nie. Będę musiała się jakoś przemknąć do domu - skrzywiłam się.
- Pomogę ci. Gdzie jesteś? - dziewczyna zaoferowała szybko.
- Niedaleko od swojego domu, na tej drodze, którą idziemy do szkoły...
- Zaraz będę.
Usłyszałam jedynie dźwięk oznaczający koniec połączenie.
I faktycznie, po niecałej minucie obok mnie stanęła zdyszana ruda.
- Ok, więc plan jest taki. Przemycamy cię do domu chłopaków, a stamtąd przejdziesz sobie przez płot do siebie i będziesz musiała poradzić sobie sama - poinformowała mnie.
- Zaraz... Że co? Kiedy ty to z nimi obgadałaś?
Musiałam mieć śmieszną minę, bo Rose zaczęła się śmiać.
- Ma się ten talent - odpowiedziała super skromnie i zaczęła mnie ciągnąć w stronę przeciwną do dziennikarzy.
Krótko mówiąc, zrobiłyśmy sobie mały spacerek naokoło. Ale udało nam się. Szczęśliwie dotarłam na posesję chłopaków, gdzie czekali na mnie Louis i Zayn. A w ich altance siedział Harry i przyglądał mi się badawczo. Och, nie jest na randce ze swoją paniusią? Bardzo ciekawe.
Nie wypowiedziałam ani jednego słowa, podczas gdy Malik i Tomlinson gadali do mnie nieustannie. Przeszłam przez ich ogródek i rozpoczęłam wspinaczkę do siebie. Wtedy z ich domu wyszła Brianna. A więc jednak. Czym prędzej przeszłam na swoją posiadłość. Zapukałam do drzwi tarasowych i czekałam. Miałam nadzieję, że ktoś jest w domu. A jeśli jest to, że mnie usłyszy i przyjdzie otworzyć. Tym razem jednak szczęście mi dopisało, bo już po chwili znajdowałam się wewnątrz budynku.
- Czemu wchodzisz tędy, a nie jak człowiek przez normalne drzwi? - zapytała zdezorientowana Claudia. Widocznie jeszcze niczego nie widziała.
- Na dworze mamy nieproszonych gości.
Kiedy Dia nadal nie zajarzyła, powiedziałam:
- Idź, spójrz przez okno. Ale dyskretnie.
Czarnula z powątpiewaniem podeszła tam, gdzie jej kazałam i lekko odsłoniła firankę. Następnie odsunęła się na bezpieczną odległość i zakryła usta dłonią.
- O Boże... - wykrztusiła.
- Tak... O Boże... - westchnęłam i rzuciłam się na kanapę w salonie, włączywszy wcześniej telewizor.
Chwyciłam pilot i ze znudzoną miną skakałam po kanałach. Nagle na ekranie mignęła mi czupryna Louisa. Szybko przełączyłam na tamten program. Okazało się, że to wczorajszy wywiad z One Direction. Rozmawiali o jakichś nudnych rzeczach, które kompletnie mnie nie interesowały, ale Claudia jako wielka fanka zakazał mi przełączyć.
Ożywiłam się, kiedy na ekranie pojawiło się zdjęcie podłej Brianny.
- Ostatnio dość często widujemy cię z tą dziewczyną, Harry. Możesz nam to wytłumaczyć? - zapytała prezenterka.
- Ach tak...To jest Brianna, moja dziewczyna - rzucił Styles prosto z mostu, a mi szczęka opadła. Przyznał się do tego p u b l i c z n i e. On naprawdę jest z nią. I jest to coś poważniejszego, skoro ogłasza to światu. On wtedy mówił poważnie. Ja byłam dla niego tylko zabawką.
Moje oczami znowu zapełniły się łzami. Szybko pobiegłam do swojego pokoju, gdzie wtuliłam się w swoją kołdrę i użalałam się nad sobą.
Mój spokój jednak został przerwany wieczorem. Claudia nawiedziła moje królestwo, mówiąc, że mam jak najszybciej zejść na dół i że to ważne. Oznajmiła to takim poważnym tonem, że zaczęłam się bać. Nie spojrzałam nawet na swój rozmazany makijaż i zbiegłam na dół.
Kiedy weszłam do salonu, doznałam szoku. Na kanapie siedziały już Dia i Melanie. A obok nich stali mama i tata. We własnej osobie.
- Wow - wydusiłam. - Wy nie w pracy?
- Mamy wam coś ważnego do przekazania - rzekła mama. Jej widok był dla mnie czymś... innym. Odzwyczaiłam się już od tego.
- Zaraz, Kim, czy ty płakałaś? - tata musiał zauważyć zaschnięty makijaż na mojej twarzy.
- To nieważne - odparłam zrezygnowana i dołączyłam do swoich sióstr.
- Dobrze, więc zaczynamy... - mama mruknęła. - Oboje wiemy, że to nie jest najlepszy czas, szczególnie teraz, gdy prasa odnalazła Kim, ale nie możemy już dłużej zwlekać.
- Rozwodzimy się - rzucił tata prosto z mostu. Bez żadnego owijania w bawełnę. Powiedział to z takim luzem, że przez moment pomyślałam, że to tylko okropny żart.
- Nie będziemy ukrywać, że oboje od jakiegoś czasu zdradzamy siebie wzajemnie. Nie czujemy do siebie tego samego, co kiedyś i po prostu, stwierdziliśmy, że nie ma sensu dalej ciągnąć tego małżeństwa.
- Ale... co? - odparłam z niedowierzaniem. Czułam, że zaraz znowu zacznę płakać.
- Naprawdę nam przykro.
- Przykro? - prychnęłam. - Wy nic nie wiecie. Prawie nigdy nie było was w domu. Teoretycznie, nie miałyśmy rodziców. A wy teraz mówicie, że się rozwodzicie? - warknęłam.
Spojrzałam w bok. Melanie siedziała sparaliżowana i miała spuszczoną głowę w dół, a Claudia powstrzymywała się przed płaczem. Przytuliłam ją. Ku mojemu zdziwieniu, przyłączyła się do nas Mel i we trójkę sobie płakałyśmy, a rodzice nie wiedzieli, co zrobić. Jak zwykle. Po chwilowym wahaniu, tata nas objął, a mam poszła w jego ślady.
Nie wiem, ile tak przesiedzieliśmy. Jak dla mnie trwało to strasznie długo.
***
Następny dzień był również ciężki. Do szkoły szłam w towarzystwie fleszy, lecz nie odpowiedziałam na żadne pytanie. I nie odpowiem na żadne. Przynajmniej na razie. Na szczęście, zakazano im wchodzić do budynku, w którym się uczę. 
Potem była próba i kolejna próba. 
Wracałam także w asyście dziennikarzy. Pod domem zauważyłam Harry'ego całującego Briannę. Nigdy nie przyzwyczaję się do tego widoku i zawsze będzie on wywoływał u mnie ból i łzy. Oczywiście, gdy tylko znalazłam się na kanapie w salonie, zaczęłam płakać. Tak, jestem słaba i nie radzę sobie z tym wszystkim.
Wtuliłam głowę w poduszkę i przykryłam się kocem. Po jakimś czasie ktoś zakłócił mój spokój. Naprawdę, czy nawet w takich momentach nie mogę pobyć sama? 
- Kim, masz gościa - poinformował mnie cichy głosik Claudii.
Z głośnym westchnięciem wstałam, ale nie zdążyłam zrobić nawet kroku, gdy do salonu wpadła... moja menadżerka. Moje oczy szerzej się otworzyły z przerażenia.
Kobieta najpierw mnie przytuliła, coś tam mówiła, że cieszy się, że nic mi nie jest. A potem zaczęła mnie opieprzać. Krzyczała, wygarnęła mi, jakie miała przeze mnie problemy. To było straszne. Czułam się jeszcze gorzej. W trakcie jej dość gwałtownego wykładu, po prostu ją zignorowałam. Z powrotem ułożyłam się na kanapie i cała okryłam się kocem. Znów pozwoliłam łzom ujrzeć światło dzienne. To już zrobiło się żałosne. Żałosne i śmieszne jednocześnie.
Usłyszałam, jak Julia przerwała w pół słowa. Pewnie była zdziwiona moim zachowaniem.
- Ej, ty płaczesz? - spytała z niedowierzaniem.
- Mam dość, rozumiesz? - burknęłam, odsłaniając głowę.
- Stało się coś? - w jej głosie wyczułam strach.
- Oprócz tego, że chłopak, którego kocham, ma mnie w dupie, rodzice się rozwodzą, mam duży stres związany ze szkołą, znalazła mnie prasa, to raczej nie. Nic się nie stało - odparłam bez emocji.
- Zaraz... dobrze usłyszałam? Zakochałaś się? - świetnie, jedyne, co potrafiła wyłapać z mojej wypowiedzi to to, że się zakochałam.
- Co okazało się dla mnie przekleństwem - mruknęłam.
- W kim? - spytała podekscytowana.
Już otwierałam usta, aby odpowiedzieć, ale wyprzedziła mnie Claudia, która magicznym sposobem znalazła się koło mojej menadżerki.
- W Harry'm Styles'ie z tego zespołu, który ja tak bardzo lubię.
- Że co? Żartujecie? - Julia zrobiła naprawdę zabawną minę.
- Nie. To najprawdziwsza prawda. Ten zespół mieszka tuż obok nas. A Harry kompletnie olał Kim i znalazł sobie inną na pocieszenie - Dia była szczera do bólu, za co miałam ochotę ją zabić.
- Wow - tylko tyle padło z ust kobiety.
- Zostawcie mnie w spokoju, najlepiej do końca mojego życia - warknęłam i leniwie wstałam z kanapy, po czym przeszłam do swojego pokoju. Sama nie wiem, dlaczego się tak zezłościłam.
***
Szkoła, próby, próby, dom, sen. Szkoła, próby, próby, dom, sen. Szkoła, próby, próby, dom, sen.
Mój grafik. Julia próbowała ze mną ustalić jakieś konkrety dotyczące mojej kariery, ale ja nie byłam do tego zbytnio chętna. Nie udzieliłam na razie żadnego wywiadu, nadal nie odpowiedziałam na żadne pytanie zadawane przez prasę. Ich zainteresowanie mną zresztą opadało z dnia na dzień. Ale niestety, bardzo często widywałam Harry'ego z Brianną. Choćby przez ich domem jak wracałam ze szkoły albo gdziekolwiek indziej. To przerażające. W każdym bądź razie, ich widok nie boli mnie aż tak bardzo. Przyzwyczaiłam się? W pewnym stopniu tak. To stało się już rutyną. Moje życie stało się rutyną. Oprócz tego, że spier*oliło się po całości, to jest monotonne. Cały czas to samo. Przynajmniej mi się tak wydaje.
_____________________________________________

Z paru ostatnich rozdziałów w ogóle nie jestem zadowolona ;/ Kim stwierdziła, że jej życie jest rutyną, a ja uważam, że to opowiadanie się takie stało. Kiedyś było ciekawsze. Teraz każdy pomysł wydaje mi się nudny. Ale zastosuję jeszcze Plan Ostateczny i skończę tę historię :) Poza tym strasznie namieszałam. Za dużo nawet. Dotyczy się to Harry'ego, bo reszta jest przemyślana. Ale co do niego - przesadziłam. Oj tak. I to nawet bardzo ;P Nie mam pojęcia jak się z tego wyplączę...
Oraz zapraszam TUTAJ ^^
Pozdrawiam,
patty lubi żelki :3

sobota, 18 maja 2013

Rozdział 42

Próby, próby, próby... Za parę tygodni odbywa się w szkole wielkie przedstawienie, a ja dostałam główną rolę... Oprócz tego, za niedługo biorę udział w pewnym konkursie... Jako cheerleaderka. Susane, jako lider, cały czas się na mnie wyżywa. Tak mnie to denerwuje... Nie dość, że ja odwalam większość akrobacji, to jeszcze ta lafirynda nie potrafi tego uszanować.
Dzięki temu nie mam czasu na myślenie o pewnym osobniku. I całe szczęście, bo chyba wypłakałabym się na śmierć. Tak, nadal płaczę. Nic na to nie poradzę. Cały czas pamiętam. Ten obraz nawiedza mnie każdej nocy, gdyż wtedy jestem sama. Sama i nie mam żadnego wsparcia. Nikt nie wie, że ta sytuacja nadal tak mnie dołuje. Udaję, że wszystko jest w porządku. Tak jest lepiej.
- I jeszcze raz! - wydarła się pewna blondynka na pewnej próbie. - Kim, weź się w końcu do roboty, bo przez ciebie przegramy!
- Lepiej spójrz na siebie - warknęłam. Nie będzie mnie jakiś plastik pouczał.
Powtórzyłyśmy cały układ od początku. Według mnie wychodzi nam to całkiem nieźle. Ale Susane nic się nie podoba. Idiotka. Robię salto. Źle. Od początku. Powtarzam. Źle. Od początku. I tak chyba z dziesięć razy, aż nie wytrzymałam. Opanowałam to do perfekcji i jestem tego świadoma, nie potrzebuję JEJ opinii. Zdenerwowałam się, pozbierałam swoje rzeczy i wyszłam. Blondynka krzyczała coś za mną, ale zignorowałam ją. Nie może mnie wyrzucić. Beze mnie zginą. Nie poradzą sobie. Ten plastik o tym wie.
Zdecydowanym krokiem udałam się do domu. Ku mojemu zdziwieniu, w środku zastałam Nialla. Siedział sobie w kuchni razem z Melanie i zjadał żelki. Z tego, co wiem, było to MOJE żelki, ale już nie chciałam rozpoczynać wojny.
- Cześć wszystkim - powiedziałam zmęczonym głosem.
- O, hej, Kim - odparł blondyn z pełną buzią. - Czekałem na ciebie.
- Tak? - uniosłam jedną brew do góry.
- Chłopacy mi kazali. Robimy noc filmową i kazali mi zaprosić ciebie i Melanie.
- Przecież jutro jest dzień roboczy. Idę do szkoły.
- My mamy wolne, a wy najwyżej sobie odpuścicie.
Zmarszczyłam brwi w geście zastanowienia. Dobra, jutro nie mam żadnych prób, więc nie muszę iść do szkoły. Ale... Harry. Przecież on tam będzie. Nie wiadomo czy sam.
- Harry'ego nie będzie - odezwał się Horan, jakby czytał w moich myślach.
Ok, to też mnie zasmuciło. Jeśli nie będzie go w domu, to czas zapewne spędzi ze swoją nową dziewczyną. Już jej nie lubię.
- Dobra, to przyjdę - wymusiłam uśmiech.
***
Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu. Oglądamy właśnie jakiś horror, na którym kompletnie nie mogę się skupić. Komentarze Louisa wszystkich rozbawiały, ale ja nawet ich nie słuchałam. Nawet nie wiem, o czym myślałam. 
Rozluźniłam się nieco, gdy na ekranie pojawiła się komedia. Był to trzeci film, a ja dopiero ten zaczęłam oglądać. Komentowanie Lou uzupełniało resztę. Zaczęłam się naprawdę dobrze bawić. Zapomniałam o wszystkich problemach. 
Aż do pewnego momentu.
Miało go tu, kurczę, nie być!
Harry wpadł do domu jak huragan. Nie był sam. Towarzyszyła mu ta okropna brunetka. 
Zagryzłam dolną wargę. Tylko nie płacz. Nie płacz. Nie wolno ci.
Był wielce zdziwiony, gdy nas ujrzał w ciemnym salonie. Włączył światło, a my byliśmy zmuszeni zatrzymać film. A było już tak pięknie.
Styles zlustrował wszystkich wzrokiem. Miałam dziwne wrażenie, że na mnie za trzymał się dłużej. Przygryzł dolną wargę i spojrzał na swoją towarzyszkę. 
Ich ręce były złączone. Z ł ą c z o n e. 
Lokaty odchrząknął.
- Więc... Cześć? - odparł niepewnie.
- Cześć, Harry. Cześć, Brianna - odburknął Louis. Ewidentnie jej nie lubił. Naprawdę, aż sama się zdziwiłam. 
- Cześć, Lou - brunetka uśmiechnęła się uroczo. Miałam ochotę zmasakrować jej twarz. 
Wszyscy się ze sobą przywitali, tylko ja siedziałam cicho.
- Ach, no tak, zapomniałabym - Styles walnął się ręką w czoło, nadal stał w progu drzwi. Pociągnął swoją partnerkę w stronę kanapy i znów przemówił:
- Brianna, to jest Melanie. Melanie, to jest Brianna.
Wskazał dłonią najpierw na dziewczynę stojącą obok niego, a później na moją siostrę przyrodnią. Następnie odwrotnie. Nastolatki uścisnęły sobie dłonie.
- Kim, Brianna. Brianna, Kim.
Przedstawił nas sobie, a ja niby niechętnie wstałam z kanapy. Z obrzydzeniem dotknęłam jej ręki i spojrzałam na nią z żądzą mordu wypisaną w oczach. Ona zdawała się niczego nie zauważyć i uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło.
Z powrotem klapnęłam na ten jakże wygodny mebel i zaczęłam tępo wpatrywać się w zastopowany ekran telewizora.
- Oglądamy dalej? - zapytałam, tym samym przerywając ciszę, która między nami zapanowała.
- Szczerze mówiąc, to mi już się nie chce - jęknął Zayn.
Inni mu przytaknęli i skończyło się na wyłączeniu filmu.
- To co teraz? - ktoś spytał.
Nie dbałam o to, kto. Za bardzo się skupiałam na tym, aby nie patrzeć na WiadomoKogo.
- Butelka? - padła propozycja.
- Nie - zaprotestowałam równo z lekko zachrypniętym głosem należącym do WiadomoKogo.
- To już się robi nudne - skrzywiłam się.
- Taa... Sama jesteś nudna - Niall szturchnął mnie ramieniem.
- Więc postanowione - Louis zatarł dłonie i w wesołych podskokach udał się do kuchni.
- Nikt się tu ze mną nie liczy - założyłam ręce na piersi.
I nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi! Udawane obrażenie przeradzało się w irytację.
Usiedliśmy na podłodze, a Lou z jakąś butelką zakręcił pierwszy. Niektórzy popijali sobie alkohol, ale ja nie należałam do tych osób. Nie chciałam się upijać.
Wszystko szło na razie świetnie, ludzie wykonywali zadania, odpowiadali na pytania i ogólnie było dość zabawnie. Ale musiał przyjść taki moment, kiedy to coś pokaże mnie. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka była moja ulga, gdy okazało się, że nie kręcił Tomlinson.
- Pytanie czy zadanie? - Zayn spojrzał na mnie.
- Zadanie... - odparłam z wahaniem. Kurczę, nie byłam pewna tej decyzji. Gdybym wybrała pytanie, mogłoby ono dotyczyć WiadomoKogo.
- Ooo - Mulat klasnął w dłonie. Przeraziłam się. W takich momentach obawiałam się tylko Lou. Może powinnam też jego? - Hmm... No więc... Zjedz loda.
- Co? - wyrwało mi się. Ja się tu spodziewałam niemal wszystkiego. W mojej głowie powstały najczarniejsze scenariusze. A on mi wyjeżdża z tekstem: "Zjedz loda"?
- Zaraz przyniosę - wyszczerzył się i wstał. Po chwili wrócił z czymś lodopodobnym.
- To ma być to? Przecież to wygląda ohydnie! Chcesz mnie zatruć...? - jęknęłam i wzięłam w dłonie lodopodobne coś.
Szybko to zjadłam, myślałam, że zwymiotuję. Nie jestem do końca pewna, ale chyba wyczułam smak mięsa. Jednak wolałam nie wiedzieć  Odetchnęłam z ulgą, gdy całość wylądowała w moim brzuchu. Spojrzałam krzywo na swoje posklejane ręce.
- Idę do łazienki - oznajmiłam i udałam się do tegoż pomieszczenia.
Umyłam dłonie i wróciłam z powrotem do salonu.
To, co tam zastałam, spowodowało zatrzymanie akcji mojego serca. Albo przynajmniej tego, co z niego zostało.
Harry znów całował się z tą brunetką na moich oczach.
Nie mogłam na to patrzeć.
Przemierzyłam pokój długimi krokami i znalazłam się na tarasie. Weszłam na ich ogródek i usiadłam sobie na trawie. Z całej siły zacisnęłam powieki, aby się nie rozpłakać. To nie miejsce i czas!
Oddychałam bardzo szybko, otworzyłam oczy. Mój wzrok począł na basenie. I pod wpływem nagłego impulsu wstałam z ziemi. Wzięłam rozpęd i wskoczyłam do wody. Do niesamowicie lodowatej wody.
Nie poruszyłam ani jedną kończyną. Tak łatwo byłoby teraz odejść z tego świata. Wystarczyłoby się nie ruszać. Po chwili zabraknie mi tchu, a woda wleje się do moich płuc. Wydawało się to takie proste.
W końcu nadszedł ten moment. Musiałam zaczerpnąć tchu. Zmusiłam do pracy nogi i ręce. Okazało się jednak, że mam za mało siły. Za późno zareagowałam. Z przerażeniem czułam, jak mimowolnie opadam w dół. Nie, nie, nie. Ja nie chcę tak skończyć! Jednak moje płuca już nie potrafiły dłużej wytrzymać.


Obudziłam się i natychmiast zaczęłam kaszleć, wypluwając wodę. Usiadłam i zdobyłam się na otworzenie oczu. Wokół mnie stali wszyscy. Łącznie z Harry'm i jego dziewczyną.
- Idiotko! Chciałaś się zabić?! - wydarł się na mnie Lou, potrząsając moimi ramionami.
- Nic ci nie jest? - spytał Styles, jakby cokolwiek go to obchodziło.
Prychnęłam i zaśmiałam się gorzko.
- Idę do domu - oznajmiłam głośno i wstałam, kierując się w stronę swojego domu. Przeszłam przez ich salon i miałam chwycić klamkę drzwi frontowych, kiedy zatrzymał mnie głos Styles'a. Zagrodził mi drogę wyjścia i spojrzał na mnie wymownie.
- Czego chcesz? - warknęłam.
- O co ci chodzi? - zmarszczył brwi.
Zaśmiałam się sztucznie.
- Już ty dobrze wiesz.
- Właśnie, że nie wiem.
- To już właściwie nie mój problem - wzruszyłam ramionami i chciałam go wyminąć, ale on chwycił mnie za nadgarstki.
- Przestań się zachowywać jak małe dziecko i porozmawiaj ze mną - wycedził przez zęby.
- Ale po co? Dlaczego w ogóle zwracasz na mnie uwagę? Przez ostatni czas byłam dla ciebie powietrzem.
Słyszałam jego oddech, nic więcej.
- Przypomniałeś sobie nagle o porzuconej zabaweczce? - dodałam.
- A żebyś wiedziała.
- Serio? Przyznajesz, że byłam dla ciebie nikim?
- Tak, panno Carter. Byłaś dla mnie zabawką, nikim więcej - powiedział oschle.
Czy ja się przesłyszałam? Łzy stanęły w moich oczach. Co jak co, ale tego to się nie spodziewałam.
- Dlaczego nie robisz nic innego, tylko ciągle mnie ranisz? - spytałam szeptem i spojrzałam prosto w te jego zielone oczy. Zdziwił się. - Sprawia ci to przyjemność? Krzywdzenie mnie cię bawi?
- Mógłbym ciebie spytać o to samo.
- Jesteś idiotą - wycedziłam przez zęby. - To nie ja jednego wieczoru się z tobą całuję, tym samym dając ci jakąś malutką nadzieję, a następnego całuję się z kimś innym. Powiedz, jesteście razem?
Styles puścił moje dłonie i spuścił głowę w dół.
- Tak myślałam - skrzywiłam się i teraz już bez żadnych utrudnień dotarłam do domu, gdzie w spokoju mogłam się wypłakać.
***
- Kim, skup się. Z takim podejściem nie zagrasz tego dobrze - zganiła mnie nauczycielka sztuki, czyli ta, która przygotowuje z nami to wielkie przedstawienie. 
- Staram się - uśmiechnęłam się krzywo.
Jak miałam cokolwiek robić, kiedy w moim życiu dzieją się takie rzeczy? W głowie miałam widok Harry'ego z tą brunetką i jego usta mówiące, że byłam dla niego zabawką. To mnie wykańcza. 
- Kim! - kobieta się zdenerwowała.
- Przepraszam... Ja... Nie dam rady dzisiaj... Naprawdę, przepraszam... - wyjąkałam.
Chwyciłam swoją torbę i wybiegłam ze szkoły. Postawiłam na dłuższą drogę powrotną. Potrzebowałam chwili wytchnienia. Nagle zadzwonił mój telefon. Westchnęłam ciężko. Nie miałam ochoty na rozmowy. Spojrzałam przelotnie na wyświetlacz i odebrałam.
- Halo?
- Cześć, Kim - rozległ się głos Rose. - Mam ci do przekazania ważną wiadomość, ale najpierw, gdzie jesteś?
- Właśnie dochodzę do do... - zamarłam w pół słowa.
Wypuściłam komórkę z dłoni, a ona spadła na ziemię. Oparłam się o pobliskie drzewo i próbowałam stłumić zawroty głowy.
To pomyłka. To na pewno jedna, wielka pomyłka.
________________________________________

I zapraszam jeszcze na trzeci rozdział After a hurricane, comes a rainbow. :)